Pochować trupa, czyli jak godnie pożegnać ex.
Rozstaliście się. Po wielu burzliwych chwilach zapada ta decyzja aby wasze drogi się rozeszły. Jak by nie patrząc rozstanie się z partnerem porównywalne jest ze śmiercią bliskiej ci osoby. Nagle w domu robi się pusto, a każdorazowe mijanie znajomych miejsc w których razem bywaliście powoduje w sercu smutek, w którym jest pusta dziura po tej osobie. Po rozstaniu czujesz się jakbyś przechodził żałobę. Nie jest to żadna nadinterpretacja, ponieważ nagle wszystko co z kimś dzieliłeś odchodzi w niebyt. Jest to moment żeby się otrzepać, dojść do siebie i ruszyć dalej. Każdy z nas to przechodził, bądź przechodzić będzie. Nie ma w tym żadnej nowości. Problem natomiast zaczyna się rodzić jeśli ze swoim ex pozostajesz w zbyt bliskich relacjach. W tym momencie zaczynasz trzymać w szafie trupa.
Pozwólcie, że w dość mało delikatny sposób wytłumaczę wam skąd to skojarzenie urodziło się w mojej głowie. Wyobraź sobie, że odchodzi ktoś bliski z twojej rodziny. Każdy kogoś kiedyś żegnał i jest cholernie nieprzyjemny i bolesny moment. Jednak kiedy odchodzi ktoś taki nie trzymasz go w domu przez kolejne pór roku. Ciało się rozpada, gnije i zaczyna cuchnąć, a sąsiedzi skarżą się na nieprzyjemny fetor. Tak samo jest kiedy po rozstaniu ex gości w twoim domu na herbatkach o brzasku, a wieczorem w sypialni. To jest właśnie taki trup. Jesteś w zawieszeniu, nie ruszasz na przód bo ciągle masz trupa w szafie. Cały czas się go kurczowo trzymasz chociaż już dawno powinien spocząć na cmentarzu twoich uczuć. Odór jest tak nieznośny, że wszyscy twoi znajomi pukają się w czoło. Więc im o tym nie mówisz i oszukujesz. Mimo to wciąż wokół ciebie się wszystko rozkłada, a ty zwyczajnie nie przechodzisz żałoby bo jest on obecny w twoim życiu. Ale czy taka obecność na ciebie dobrze wpływa? Jest to iluzja i przyzwyczajenie z którym ciężko ci zerwać. Więc udajesz, że nie czujesz jak to wszystko coraz brzydziej pachnie, za to stajesz się coraz bardziej brudny bo nie masz nad tym rozkładem kontroli. Mimo to jesteś dla trupa lojalny więc nie zaczynasz poznawać nikogo innego bo co będzie jak o trupie się dowie? Czujesz się coraz bardziej podle bo mimo, że wasza interakcja trwa ty nic z tego nie wynosisz. Nie możesz od trupa niczego wymagać, niczego nie jest on ci w stanie zapewnić. Rodzą się w twojej głowie najgorsze scenariusze ale mimo to dalej brniesz w ten bezsensowny układ bo ciężko jest ci być samemu. Nie oszukujmy się czy przebywanie z trupem spowoduje, że poczujesz się jakby było inaczej? Czy twój dom nagle stanie się pełny jak dawniej? Nie! Chyba, że pełny smrodu, a umówmy się do takiego domu nikt nowy nie przyjdzie bo to obrzydliwe.
Należy pochować trupa! Najlepiej ze wszystkimi przedmiotami należącymi do niego. Niech nie wraca do ciebie jako duch. Nie rób mu w domu ołtarzu czy specjalnego miejsca, bo jego duch dalej będzie cię nawiedzać, a ty jak Makbet dostaniesz od tej zjawy świra. Ten zabieg może być bardziej bolesny od samego rozstania ponieważ po trupie jeszcze długo będzie unosiła się nieprzyjemna woń. Jednakże to najlepsze co możesz dla siebie zrobić to wyjść z takiego układu. Bo to jest układ z którego żadne z was nie ma długoterminowej korzyści. Uwalniając się od tego wreszcie odetchniesz pełną piersią i dostrzeżesz pozytywne aspekty. Przede wszystkim nareszcie bez cienia wstydu możesz zacząć się spotykać z kimś innym co wniesie do twojego życia powiew świeżości i nowości.
Stop nekrofilii ( tak przepraszam za określenie ale jak inaczej nazwiesz seks z nieboszczykiem). Weź łopatę i zabierz trupa na cmentarz tam gdzie jego miejsce, a on sam zyska spokój. Nie profanuj ciała tylko z godnością dla siebie i niego pozwól wam się rozstać na wieki wieków. Amen.
Teraz w spokoju możesz przejść żałobę, niestety na nowo ale pretensje możesz mieć tylko do siebie bo nikt nie kazał ci w takie gówno wchodzić. Dom z czasem się wywietrzy, a ty zaoszczędzisz sobie cierpienia jakim było przebywanie w jego towarzystwie. Bo możliwe, że podtrzymywanie takiej relacji było w wielu przypadkach spowodowane chwilą i nagłą tęsknotą za nim jednak jest to bardzo egoistyczne i niezdrowe.
Jako, że rozkładające się ciało niesamowicie capi i być może właśnie wydłużyłeś swoje cierpienie to i tak wszystko mija. Tylko tym razem zafundowałeś sobie więcej czasu. Nic nie jest warte tego aby robić sobie taką krzywdę ale jak to mówią zawsze wstaje nowy dzień. Może nie dziś i jeszcze nie w tym miesiącu ale gwarantuje wam, że bez trupa w szafie szybciej dla was wstanie wyczekane słońce.
Panna Nikt
Uważam, że Ikea ma za małe lampki do wina by można było odreagować to się tu dzieje.
środa, 21 marca 2018
środa, 14 lutego 2018
Do zakochania jeden krok do odkochania sto i więcej...
Uwielbiam być zakochana. Kurde kto nie lubi? Unoszę się wtedy jak w "To" Stephena Kinga. Niestety im wyżej się unoszę tym boleśniejszy jest moment spadania i upadku. Po upadku ciężko się podnieść. Cała poobijana i połamana mam coraz mniej sił i chęci na ponowne unoszenie.
Trudno jest kochać w XXI w. W tym zgiełku i przy tulu obowiązkach zapominamy o sobie szybciej niż kobieta o bólu po porodzie. Gdzieś się zatraciliśmy. Przy pędzie życia nie ma czasu na cały romantyczny kompleks wypoczynkowy z poczuciem bezpieczeństwa all inclusive. Kiedy myśle o wszystkich tych aplikacjach randkowych typu Tinder robi mi się słabo. Ruchem kciuka wybieram z kim idę do wyra. Kurde ale masakra, jakby świat nie był wystarczająco popaprany. Kariera, pieniądze i wciąż nowe cele powodują, że nie potrzebujemy w swoim życiu drugiej osoby, bo przy tylu obowiązkach nie mamy dla niej czasu. Po całym dniu biegu kładziemy się do zimnych łóżek, których nie ma z kim grzać. Czemu o tym mówię skoro niczym nie różnie od przeciętnego "biegacza"? Owy tekst chodził za mna już dobrych parę miesięcy. Potrzebowałam czasu, żeby się w sobie zebrać. Motyle w moim brzuchu już dawno zmieniły się w głazy i stały się niestrawnością. Więc to chyba ten czas żeby się z tego rozliczyć.
Zauroczyć się jest łatwo. Podobacie się sobie, a rozmowa się klei. Zaczyna się te przyciąganie jakbyście mieli własna grawitację. Wszystko fajnie, pięknie. Faceci na to patrzą dość praktycznie. Ale przyznam bez bicia, że po rozmowach z wieloma dziewczynami mogę stwierdzić, że większość z nas wchodząc w relację oczami wyobraźni widzi już dom, psa, pierworodnego i drzewo. Tak, jest to co najmniej creepy ale to tylko niewinne przemyślenia.
Wiele obecnych związków rypie się zanim zdążą sie dobrze rozkręcić. Jak do siebie dojść? Mi po takim upadku nie jest łatwo wstać i iść dalej i szczerze zazdroszczę osobą które tak obojętnie do tego podchodzą. Jestem świadoma, że nie pasuję do tej epoki. Niestety tu żyję więc trzeba zintegrować się z otaczającymi mnie realiami. Przedewszystkim nie uciekać w używki. Kurde to obciąża zdrowie i portfel. Kac wzmaga tylko rozpierdol w głowie. Po co sobie dokładać? Odradzam też staczanie się w dół po przez puszczanie sobie smętów. Kurde często się na tym łapałam ale od niedawna mam w rękawie składanke piosenek z bajek Disneya na Spotify. Hakuna Matata i do przodu to moje hasło... Dobre nie? A tak poważnie nie ma nic gorszego niż dodołowanie się smutną nutą. Znajdźcie sobie nowe hobby, które zawsze chcieliście robić ale zabrakło wam odwagi bądź chwili. Ponieważ jak w domu robi się pusto nagle odkrywacie, że macie zaskakująco wiele czasu. Warto to wykorzystać na coś lepszego niż kolejny raz z tym samym filmem, który ma wycisnąć resztki płynu z oczu. Opuchnięta twarz i gile do pasa są niewyjściowe, warto wziąć to pod uwagę jak zachce się wam filmów o umierających na raka nastolatkach. To samo tyczy się wracania do starych rozmów na fb i innych komunikatorach (chyba, że któś pisze jeszcze sms). Najlepiej wypieprzyć wszystko w cholerę. Foty zrzucić z komórki na kompa i do nich nie wracać. W skrajnych przypadkach też wyjebać w cholerę.
Skupcie się też na tym, żeby nie popadać w autoagresję. Ja nigdy nie pochwalałam skrajnych odchyleń którym dla mnie jest cięcie się. Chociaż nie jestem święta ponieważ ja potrafię się zagłodzić. Tracę totalnie apetyt i jedzenie może istnieć dla mnie w ilości jak dla ptaszka. Także bardzo tego pilnuję choćbym miała jeść na siłę. Puchatek od lat zapewnia, że nic nie smuci bardziej od pustego brzuszka. Starajcie się otaczać ludźmi. Takimi co mają cierpliwość znieść wasz ponury pysk dłużej niż jeden dzień. Nie zapomnijcie po tym im podziękować ponieważ dół jest zaraźliwy i trzeba koncentracji Mistrza Miyagi, żeby się nie udzielił.
Serdecznie odradzam leczenia nieudanego związku wskakiwaniem w kolejny związek. To będzie nic innego jak powielenie tego samego schematu ponieważ nie macie czasu na regeneracje i ogarnięcia wszystkich smuteczków w głowie. Zamiast tego lepiej zapisać się na siłownie i kupić sobie coś ładnego. Zmiana wizerunku też wskazana. Kiedy nie stać was na chirurga plastyka wystarczy fryzjer.
Największym przyjacielem jest zawsze czas. On, płytko mówiąc, leczy rany. Jak słusznie zauważył Ernest Hemingway szczęście to dobre zdrowie i zła pamięć. Z tym optymistycznym akcentem powinnam życzyć wam i sobie alzheimera ale w to miejsce pozwolę natomiast na chwilę zadumy.
Lecz mimo to zakochujmy się ale różowe okulary niech zostaną w szufladzie. Zakochujmy się nie tylko sercem ale i głową! Niech endorfiny nie powodują u nas zaćmy czy kurzej ślepoty. Może wtedy sparujemy się lepiej niż algorytmy na tym przeklętym Tinderze.
niedziela, 31 grudnia 2017
Dobre Wejście w nowy rok. Wjeżdżam z buta.
Czy tylko
mnie nie opuszcza wrażenie, że kolejny rok przeciekł mi przez palce? Nie
zrozummy się źle. Dla mnie 2017 był bardzo intensywny, pełen robienia
wszystkiego na ostatnia chwilę mimo, że naprawdę starałam się być sumienna i za
każdym razem robić wszystko od razu.
Nie mogę
się pochwalić się wyprawa na Everest czy niewynalezieniem leku na raka. Jednak w tym
roku udało mi się zrobić naprawdę zacną wystawę, wydać jedną książkę i zacząć
następną. Zdałam egzaminy na cholerny Niemiecki. Kolejny rok studiów zakończył
się pełnym sukcesem i zaczęłam pisać bloga, a was jest już 110 wiary. Niby nie
jest to można powiedzieć ogromna liczba ale jakby nas zamknąć w jednym pokoju i
postawić wódkę z orkiestrą to było by z tego już
dobre wesele.
Jednak nie
to mnie cieszy najbardziej. Duma rozpiera mnie ponieważ w tym roku zebrałam się
na odwagę przyznać do własnych błędów oraz słabości i stawić im czoła. Rok
się kończy, a ja wreszcie po 28 latach pogodziłam się z samą sobą i zostałam
swoją najlepszą przyjaciółką.
Jeszcze
jakiś czas temu tonęłam w rozpaczy czarniejszej niż moje serce i dusza. Dotarło
do mnie jak życie na obczyźnie bez nikogo i niczego co znasz może cię załatwić
na cacy. Wierzcie mi samotność może dać takiego kopa w krocze, że albo się
załamiesz albo będzie to kop na rozpęd. U mnie spowodowało to rozpęd na całego.
Przede wszystkim oczyściłam atmosferę z ludzi którzy byli
toksyczni i truli mnie od środka. To tak jakby usunąć nadmiar smogu z
krakowskiego nieba. Od razu czyściej. Kolejna "must to do" na mojej
liście było powalczyć o tych ludzi wartych każdego dnia. Nad tym ciągle pracuję
bo jak poprzedni punkt pomimo swojej trudności jest do zrobienia to ten drugi
wymaga czasu, dyspozycyjności i chęci. U mnie tylko ten 3 punkt jest na
naprawdę wysokim poziomie wykonalności. Reszta kosztuje mnie często spaniem po
4 godz i byciem zombie przez resztę dnia. Z kolei ten tryb zmotywował mnie do
uczynienia z dwóch powiedzonek moich mott życiowych.
Wyśpisz się
po śmierci.
W domu
ludzie umierają.
Odkryłam,
że nie warto tracić życia na dołowanie się i spanie po 14 godz dziennie co było
dla mnie jeszcze do nie tak dawna priorytetem. Któregoś dnia po prostu uznałam, że jak umrę i na sądzie puszczą mi film z całego mojego
życia to my tam kurwa umrzemy z nudów. Stwierdziłam, że muszę przeżyć moje
jedyne życie tak by po napisach końcowych dostać oklaski na stojąco i Oscara w
kategorii "nie przegapienia życia". Bo super jest żyć. Ludzie są
super! Naturalnie nie wszyscy ale mamy wolną wolę by wybierać najlepiej. Nauczyłam
się być egoistką w dobrym znaczeniu tego słowa. Ponieważ nie wchodzę już
ludziom w dupę co powoduje, że nie muszą być kutasami którzy w pewnym momencie zranili by mnie bądź kogoś innego gdyż od razu
stawiam ich do pionu. Dla moich znajomych i przyjaciół to nic
innego jak komplement bo są po prostu zajebistymi, dobrymi ludźmi, którzy swoją kreatywnością i stylem bycia są w stanie góry przenosić. Każdy z was jest wyjątkowy, zmieniajcie się każdego dnia
tylko ku lepszemu.
Chciałabym
traktować ten rok jako furtkę do lepszego życia. Do ciekawego życia. Nic nie
traktuję już jako porażkę wszystko jest dla mnie lekcją. Bez łez i żalu.
Bez pretensji przyjmuję wszystko na klatę dlatego musiałam kupić większe
staniki... Tak naprawdę to zasługa diety i siłowni. Na przyszłe lato będę
unosić się na wietrze.
Z tego
miejsca chce na przyszły rok , życzyć sobie i wam rąk w ciągłym ruchu i pełne
ramiona tego czego kochacie. Zacznijcie robić to o czym zawsze marzyliście.
Wszystko można ze sobą pogodzić. Cholernie w was wierzę i trzymam za wszystkich
kciuki. Damy radę!
niedziela, 24 grudnia 2017
Z samego rana, budzą mnie krzyki krzątających się ciotek, wujków i rodzicielki. Ciocia piecze kolejne ciasto mimo, że mamy już 3 blachy i tort. Kto to kurde będzie jadł? Zawsze zadaje sobie to pytanie patrząc na uginający się pod ciężarem wigilijny stół. Zawsze wszystko jest zjedzone. Nie wiem gdzie moja rodzina ze mną na czele to mieści?
Zaczynam doceniać tę moc tradycji. Możliwość pobycia z bliskimi. Mimo, że znowu usłyszę,że dalej nie ma narzeczonego na horyzoncie i fajnie było by zobaczyć mnie z wianuszkiem dzieci... Na tę sytuację mam już wachlarz gotowych odpowiedzi typu, że narzeczony pojawi się jutro albo wcale. Mówiąc to nałożę wścibskiej cioci pieroga na talerz, a umówmy się kto się oprze pierogowi? W tym czasie mam chwilę by zmienić temat i niczym łasica wyślizguje się spod gradobicia trudnych spraw.
Prezenty zawsze kupuję na wyprzedaży. Nie lubię przepłacać. Cały myk jest w tym aby kupować ładne ( w przypadku kobiet ) i praktyczne ( w przypadku mężczyzn) rzeczy. Co do dzieci wystarczy w programie zobaczyć co jest teraz na topie względem kreskówek i zakupić adekwatne zabawki za miliony. Ja od lat się wycwaniłam i kupuję ciastolinę Play doh. Jak dzieci odpakowują owy prezent zawsze patrze wtedy na matkę owego dziecka. ona już wie, że jedyne co może zrobić to schować włochate dywany i okryć meble folią malarską. Przynajmniej ja lubię sobie tak to wyobrażać.
Nie lubię karpia. Raz, że naprawdę mi żal widoku tych ryb umęczonych w zbiornikach, które ostatkiem sił próbują przeżyć, dwa przeraża mnie sytuacja która przewija się przez ostatnie parę świąt czyli: Resling w Lidlu. Żałuję, że nigdy nie mogę trafić na dane widowisko. Była bym ta osobą która podawałaby krzesła. Na koniec zapewnię was, że karpia nie jadam bo jak ryby uwielbiam to za mulistymi nie przepadam. Kiedyś jak się dorobię narzeczonego i tego wianuszka dzieci ( lubię czasem żyć nierealnymi marzeniami) to karpia u mnie nie będzie.
Umówmy się barszcz tylko z kartonu. Z torebki to już naprawdę wersja dla ignoranta. Ale nie ma szans, żebym w wigilię siadała do stołu z różowymi od buraków rekami. Z moim szczęściem kolor ciągnął by się po same łokcie. Barszcz z kartonu jest mega. Wystarczy dosypać majeranku i nikt się nie pozna.
Co do pierogów to polecam sposób na miesiąc z serialem. Miesiąc przed świętami odpalam jakiś nowy fajny serial i ręce zajmuję lepieniem. Potem takie śliczne ulepione pierożki wkładam BEZ gotowania do zamrażalnika. Na wigilię wszystko mam świeże i nie tracę nocy na walkę z ciastem. Chociaż warto mieć parę awaryjnych paczek pierogów z biedronki. Jak się odsmaży i oprószy cebulka to nikt tam się nie pozna. Pamiętajcie tylko o ładnym półmisku i ozdobieniu talerza. Ludzie jedzą oczami, można ich łatwo oszukać.
Kiedy tu z wami dziele się trickami dzwoni już kolejna ciotka składając życzenia. Oho życzenia... Dzielenia się opłatkiem strasznie nie lubię - patrz punkt z narzeczonym. Wyznaję za to idee zrzucenia tego obowiązku na najstarsza osobę w rodzinie która przemówi w imieniu wszystkich. Raz nie tracimy czasu na składanie życzeń każdemu z osobna, jedzenie nie stygnie, a w domownikach nie rośnie poziom zażenowania.
Dziś z tego miejsca chcę wam powiedzieć, że nie ważne jest skąd jest barszcz i ile kosztowały te piękne złote kolczyki, nikt nie musi wiedzieć, że połowa została zakupiona na black Friday. Nikt nie musi wiedzieć kiedy lepiłam pierogi. Liczy się gest. Tym entuzjastycznym akcentem chce wam życzyć wesołych świąt i miłości w rodzinnym gronie.
środa, 20 grudnia 2017
Porno i duszno czyli porozmawiajmy o różnicach.
Często pozwalam sobie na pewien rodzaj refleksji. Chodzi za mną ten temat od dłuższego czasu jak cień więc nie ma co przeciągać.
Regularnie odwiedzam w Berlinie Klub Toast Hawaii, który znajduje się przy stacji Eberswalder straße. Robię to z prostych przyczyn, mam już dawno ukończone 18 , ba 20 lat i bardzo nie lubię jak między nogami kręcą mi się małolaty (zabrzmiało dwuznacznie i miało tak zabrzmieć) oraz jak tacy nagabują mnie na śmichy hihy. Po drugie nie lubię wałkować muzyki która non stop jest puszczana w radiu do porzygu. Argument- wisienka na torcie- w powyższym klubie prócz dobrej muzy, DJ-a Drag queen są organizowane cykliczne eventy o które ciężko w Polsce lub ja nie miałam przyjemności na takie w Polsce trafić. Pierwszy z nich to Burleska, mam nadzieję, że nie muszę wam tłumaczyć co to ( zerknijcie w Google) , natomiast drugi termin już może być dla was zagwozdką. Mowa tu o Porno karaoke. Tu już Google mogą was rozczarować swoją wiedzą więc ja z miłą chęcią wam wszystko przedstawię. Porno karaoke to nic innego jak : minimum dwie osoby które jak w przypadku zwykłego karaoke mogą się zgłosić do wykonania utworu, telebim z totalnie odrealnionym pornolem, sofa z brazzersów, ekranik jak w suflerce i po mikrofonie. Zabawa mimo, że wydaje się skomplikowana jest bardzo prosto rozwiązana. Pornol w tle leci bez dźwięku, a wykonawca podkłada głos czyli inaczej mówiąc dubbinguje. Repertuar jest niesamowicie szeroki i nie ma ograniczeń od mlasków po teksty "... moja mama łapie go inaczej..." . Wierzcie lub nie jest to coś niesamowicie przezabawnego. Uczestnicy, którzy podejmują pałeczkę zapewniają świetną rozrywkę i pewnego rodzaju przełamanie taboo. Przecież każdy ogląda... Nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej. Niestety nie każdy się do tego przyzna, a już na pewno nie kobieta.
Nie robię teraz reklamy Toast Hawaii chociaż to według mnie obowiązkowy punkt na mapie klubowej Berlina, a chcę zwrócić uwagę na fakt który mnie uderzył podczas tego wieczoru. Wychodzące na scenę chłopaki podejmowali temat niemal od razu bez barier językowych. Więc w pewnym momencie można było się cieszyć niemiecko-angielską lewatywą. Po tak dobrym show przyszła kolej na 4 dziewczyny. Kobiety. Wszystkie zdrowe, z buzi niczego sobie, pewne siebie, uśmiechnięte. Załoga puszcza film. Bardzo sympatyczny dopasowany do ochotniczek, czyli również 4 panienki w przyjemnej atmosferze. Brzydko mówiąc dały dupy. Dawno nie widziałam takiej żenady, żeby dorosłe panny chowały się za siebie i piszczały jak dzieci. Halo, one nie siedziały wcześniej w piwnicy, żeby nie były świadome co się pokaże zaraz na ekranie. Nie wymagam żeby każdy był super odważny i odporny na cały stres związany z występem ale nie róbmy z siebie debili. Skoro to nie dla ciebie to po prostu obserwuj i dojrzewaj. Na ratunek przybyli kolesie z poprzedniego wejścia i uratowali cały seans. Naszło mnie wtedy: co się tam mogło stać?
Zawsze mówi się, że my kobiety to jesteśmy takie dojrzałe. Jednak w sferze świadomości seksualnej dziewczynkom od małego wmawia się, że należy się wstydzić. Ale to kurwa wszystkiego z naciskiem na okres. Kolesie tłumaczą sobie każde nasze wkurzenie z okresem jest to tak głupie jak i uzasadnione. Bo większość z nich nie ma o tym pojęcia jak tak naprawdę funkcjonuje. Nie maja pojęcia, że kobieta nie jest zła w okres tylko przed. Często nie jest to związane nawet z tym po prostu weźcie chłopaki na klatę, że coś najprawdopodobniej zjebaliście.
Podobał mi się bardzo ostatnio promowany przez Anje Rubik #sexedpl w którym to osoby medialne wypowiadały się o upośledzeniu edukacji seksualnej w Polsce. Było tam parę niedociągnięć ale kurcze kampania zacna. Marta Frej zaprezentowała się jako promotor masturbacji, która jest ważna. Pozwala się zapoznać ze swoim ciałem, odkryć co nas podnieca i finalnie będzie spełniać seksualnie, odprężyć i rozładować. Totalnie bezpieczna fajna zabawa.
Mam 3 koleżanki którymi otwarcie można porozmawiać o masturbacji . No bo z facetami to wiadomo, każdy wali. Ale my kobiety? Nieee fuj mocha! Dlaczego?! Czy my nie mamy tych samych potrzeb? Byłam niedawno z jedną z nich w sex shopie. Był z nami jeszcze kolega i miałam wrażenie, że lekko się krępował, ale tylko z początku. Sklep Erotyczny o którym mowa to Fun Factory. Piękne miejsce. Oczywiście, że czytałam o designerskim podejściu do projektowania zabawek erotycznych. Przewinęło się mi coś tam kiedyś tam na necie. Jednak jak na własne oczy widzisz jakie to ładne to odbiór staje się zupełnie inny. Wierzcie mi większość z tych zabawek mogłaby śmiało stać na półce i nikt by nie zjarzył co to i na co. Wibratory czy dilda były wykonane z naprawdę przyjemnego w dotyku materiału ale co najpiękniejsze to programy wibracji. Ludzie jaki sztos. Kark od razu przestał mnie boleć, a trzymałam go tylko w ręku. Naliczyłam się 10 rożnych stopni pulsacji. Kumpel skwitował, że kupując coś takiego niepotrzebny jest już facet. Nieprawda. Potrzebny jak najbardziej, tylko taki z wyobraźnią i otwarty. No nie życzę nikomu usłyszeć, że jest się chorym i powinno leczyć ponieważ chce się ożywić klimat sypialniany. Ja osobiście nie widzę nic złego w mówieniu wprost na co ma się ochotę . Jeśli to nikomu nie wyrządza krzywdy. Z naciskiem na zabawki.
Na zakończenie dodam jak to ostatnio ujął mnie mój kolega. Sprowadził mnie na ziemię jak to ja juz chciałam oddać się fali stereotypu. Padły słowa które pozwolę sobie podsumować jako, że on nie szufladkuje kobiet i mężczyzn. W jego mniemaniu funkcjonują oni na tych samych prawach flirtu, dobrej zabawy i seksu. Jakie to proste i piękne w swojej oczywistości.
Często pozwalam sobie na pewien rodzaj refleksji. Chodzi za mną ten temat od dłuższego czasu jak cień więc nie ma co przeciągać.
Regularnie odwiedzam w Berlinie Klub Toast Hawaii, który znajduje się przy stacji Eberswalder straße. Robię to z prostych przyczyn, mam już dawno ukończone 18 , ba 20 lat i bardzo nie lubię jak między nogami kręcą mi się małolaty (zabrzmiało dwuznacznie i miało tak zabrzmieć) oraz jak tacy nagabują mnie na śmichy hihy. Po drugie nie lubię wałkować muzyki która non stop jest puszczana w radiu do porzygu. Argument- wisienka na torcie- w powyższym klubie prócz dobrej muzy, DJ-a Drag queen są organizowane cykliczne eventy o które ciężko w Polsce lub ja nie miałam przyjemności na takie w Polsce trafić. Pierwszy z nich to Burleska, mam nadzieję, że nie muszę wam tłumaczyć co to ( zerknijcie w Google) , natomiast drugi termin już może być dla was zagwozdką. Mowa tu o Porno karaoke. Tu już Google mogą was rozczarować swoją wiedzą więc ja z miłą chęcią wam wszystko przedstawię. Porno karaoke to nic innego jak : minimum dwie osoby które jak w przypadku zwykłego karaoke mogą się zgłosić do wykonania utworu, telebim z totalnie odrealnionym pornolem, sofa z brazzersów, ekranik jak w suflerce i po mikrofonie. Zabawa mimo, że wydaje się skomplikowana jest bardzo prosto rozwiązana. Pornol w tle leci bez dźwięku, a wykonawca podkłada głos czyli inaczej mówiąc dubbinguje. Repertuar jest niesamowicie szeroki i nie ma ograniczeń od mlasków po teksty "... moja mama łapie go inaczej..." . Wierzcie lub nie jest to coś niesamowicie przezabawnego. Uczestnicy, którzy podejmują pałeczkę zapewniają świetną rozrywkę i pewnego rodzaju przełamanie taboo. Przecież każdy ogląda... Nie próbuj mi wmówić, że jest inaczej. Niestety nie każdy się do tego przyzna, a już na pewno nie kobieta.
Nie robię teraz reklamy Toast Hawaii chociaż to według mnie obowiązkowy punkt na mapie klubowej Berlina, a chcę zwrócić uwagę na fakt który mnie uderzył podczas tego wieczoru. Wychodzące na scenę chłopaki podejmowali temat niemal od razu bez barier językowych. Więc w pewnym momencie można było się cieszyć niemiecko-angielską lewatywą. Po tak dobrym show przyszła kolej na 4 dziewczyny. Kobiety. Wszystkie zdrowe, z buzi niczego sobie, pewne siebie, uśmiechnięte. Załoga puszcza film. Bardzo sympatyczny dopasowany do ochotniczek, czyli również 4 panienki w przyjemnej atmosferze. Brzydko mówiąc dały dupy. Dawno nie widziałam takiej żenady, żeby dorosłe panny chowały się za siebie i piszczały jak dzieci. Halo, one nie siedziały wcześniej w piwnicy, żeby nie były świadome co się pokaże zaraz na ekranie. Nie wymagam żeby każdy był super odważny i odporny na cały stres związany z występem ale nie róbmy z siebie debili. Skoro to nie dla ciebie to po prostu obserwuj i dojrzewaj. Na ratunek przybyli kolesie z poprzedniego wejścia i uratowali cały seans. Naszło mnie wtedy: co się tam mogło stać?
Zawsze mówi się, że my kobiety to jesteśmy takie dojrzałe. Jednak w sferze świadomości seksualnej dziewczynkom od małego wmawia się, że należy się wstydzić. Ale to kurwa wszystkiego z naciskiem na okres. Kolesie tłumaczą sobie każde nasze wkurzenie z okresem jest to tak głupie jak i uzasadnione. Bo większość z nich nie ma o tym pojęcia jak tak naprawdę funkcjonuje. Nie maja pojęcia, że kobieta nie jest zła w okres tylko przed. Często nie jest to związane nawet z tym po prostu weźcie chłopaki na klatę, że coś najprawdopodobniej zjebaliście.
Podobał mi się bardzo ostatnio promowany przez Anje Rubik #sexedpl w którym to osoby medialne wypowiadały się o upośledzeniu edukacji seksualnej w Polsce. Było tam parę niedociągnięć ale kurcze kampania zacna. Marta Frej zaprezentowała się jako promotor masturbacji, która jest ważna. Pozwala się zapoznać ze swoim ciałem, odkryć co nas podnieca i finalnie będzie spełniać seksualnie, odprężyć i rozładować. Totalnie bezpieczna fajna zabawa.
Mam 3 koleżanki którymi otwarcie można porozmawiać o masturbacji . No bo z facetami to wiadomo, każdy wali. Ale my kobiety? Nieee fuj mocha! Dlaczego?! Czy my nie mamy tych samych potrzeb? Byłam niedawno z jedną z nich w sex shopie. Był z nami jeszcze kolega i miałam wrażenie, że lekko się krępował, ale tylko z początku. Sklep Erotyczny o którym mowa to Fun Factory. Piękne miejsce. Oczywiście, że czytałam o designerskim podejściu do projektowania zabawek erotycznych. Przewinęło się mi coś tam kiedyś tam na necie. Jednak jak na własne oczy widzisz jakie to ładne to odbiór staje się zupełnie inny. Wierzcie mi większość z tych zabawek mogłaby śmiało stać na półce i nikt by nie zjarzył co to i na co. Wibratory czy dilda były wykonane z naprawdę przyjemnego w dotyku materiału ale co najpiękniejsze to programy wibracji. Ludzie jaki sztos. Kark od razu przestał mnie boleć, a trzymałam go tylko w ręku. Naliczyłam się 10 rożnych stopni pulsacji. Kumpel skwitował, że kupując coś takiego niepotrzebny jest już facet. Nieprawda. Potrzebny jak najbardziej, tylko taki z wyobraźnią i otwarty. No nie życzę nikomu usłyszeć, że jest się chorym i powinno leczyć ponieważ chce się ożywić klimat sypialniany. Ja osobiście nie widzę nic złego w mówieniu wprost na co ma się ochotę . Jeśli to nikomu nie wyrządza krzywdy. Z naciskiem na zabawki.
Na zakończenie dodam jak to ostatnio ujął mnie mój kolega. Sprowadził mnie na ziemię jak to ja juz chciałam oddać się fali stereotypu. Padły słowa które pozwolę sobie podsumować jako, że on nie szufladkuje kobiet i mężczyzn. W jego mniemaniu funkcjonują oni na tych samych prawach flirtu, dobrej zabawy i seksu. Jakie to proste i piękne w swojej oczywistości.
piątek, 6 października 2017
Amsterdam dzień w dzień, czyli o łakomczuchach bez umiaru.
Zjarałam się. Porozmawiajmy o tym.
Ci co mnie prywatnie znają wiedzą jaki mam stosunek do narkotyków. Nie robię z siebie świętej ale pierwszego jointa zapaliłam w wieku 26 lat. Było kijowo. W moje urodziny. Sprostuje to tycio. Przed wzięciem tych magicznych trzech Januszkowych buszków to trochę drineczków się wypiło.
Reasumując zemdlałam, straciłam oddech i przytomność. Nie wspominam tych urodzin najlepiej i nie lubię się tym chwalić.
Jeśli wydaje się wam, że moja niechęć do narkotyków była jakaś kosmiczna przed tym felernym zdarzeniem to możecie mi wierzyć, że po urosła do rangi nienawiści na poziomie stosunków Wisły z Cracovią. Nie specjalnie otaczałam się wśród ludzi coś biorących. Jeśli już moi znajomi coś brali
to raczej nie chwalili się tym przy mnie i nie robili tego w mojej obecności.
Ja tu o tych narkotykach, a miałam się skupić na ziele, które przez większość za narkotyk nie jest uznawane. Siadanie ze mną do tego tematu było strasznie wyczerpującym zajęciem. Ja na ogół jestem człowiekiem prawym, trzymającym się odpowiednich zasad i reguł. Więc jak rząd uznaje coś za zakazane i jest to dobrze z argumentowane to ja się podporządkowuje. Są też takie decyzje, które wydają mi się debilne jak np. picie alkoholu w miejscu publicznym i nie mam tu na myśli robienie żurlandii na samym środku piaskownicy częstując tym bobasy, ale kulturalne siedzenie z piwkiem na trawce kiedy słoneczko praży wydaje mi się ok. Tak, tak ja wiem wszystko się zmienia z perspektywy siedzenia i każdy ma tam swoje widzimisię na każdy temat ale ja naprawdę uważam, że narkotyki to kij w mrowisko.
Na czym ja tak opieram swoją ocenę? Wynika to prawdopodobnie z tego, że widziałam jak robią wśród moich znajomych więcej złego niż dobrego. Jeden stracił prawko, drugi ma do dziś flashback'a ( autentycznie co jakiś czas ma problem z przejściem przez jezdnie bo ustępuje pierwszeństwa Titanicowi---> nie bawi mnie to). Koleś z bloku obok gada do lustra. Tak wiem to są skrajne przypadki. Jednak najbardziej powszechne jest to, że co niektórzy się po prostu stoczyli. Zrezygnowali z marzeń, a cała dobroczynność dnia kończą się na wiadrze i joinciku w porze lunchu. Są w zwyczajnym nałogu. Czym się to różni od alkoholizmu? Jeden znajomy oznajmił mi ostatnio, że on zawsze pali przed pracą bo by nie był w stanie się na niej skupić. Inny oszukuje rodzinę
i co wieczór ucieka na kaczuchę z obszczymurkami zza zakrętu. Nie chcę wyjść teraz na hipokrytkę bo jak sam tytuł wskazuję nie jestem święta ale uważam, że należy we wszystkim widzieć umiar. Więc jeśli jesteś osobą która w łatwy sposób potrafi się w czymś zatracić to ten niewinny buszek nie jest dla ciebie ponieważ nie ma szans byś na nim poprzestał.
Jak to było ze mną?
Na Woodstocku zapaliliśmy dość sporą ekipą lolka. Na wolnym powietrzu zrelaksowani po dużej dawce endorfin i luzu, wśród ludzi którzy byli warci spędzenia z nimi czasu. Było git. Dobra powiem prawdę mało się nie zesrałam ze śmiechu. Także złota zasada zawsze pal w dobrym towarzystwie. Ludzie z abstrakcyjnym myśleniem to złoto na taką chwilę. Kolejny raz był jakieś dwa może trzy tygodnie później. Już w mniejszym gronie. Tego dnia zdychałam na rwę kulszową. Dla tych co nie znajo to potworny ból krzyża, że boli jak oddychasz. W ten wieczór pozwoliłam sobie zanalizować jak te gówno działa. Po trzech buszkach moje ukochane Die Antwoort zmieniło się w mieszaninę stęków i wrzasków. Nagle mnie olśniło czemu takie zamiłowanie jest palaczy do Reggae. Tyle wygrać. Momentalnie zmieniliśmy repertuar.
Kolejny objaw to światłowstręt. Stroboskop też odpada także nie wybrałabym się na imprezę Techno. Ale świeczka była genialna. Zwiesiłam się na niej z dobre pięć minut. Kiedy w końcu zorientowałam się co robię. Doszło do mnie, że plecy przestały dawać się we znaki. Totalnie przestały boleć. Cud jak w Matemblewie. Fakt zioło działa naprawdę relaksująco. Nie spodziewałam się, że może do takiego stopnia rozluźnić mięśnie. Wspominałam o koledze co się niesamowicie skupia po ziele? Ja też tak miałam. Skupienie milion. Gdyby Cyklop z X-Menów od razu o tym pomyślał nie było by tylu szkód. Tylko owe skupienie jest niestety bardzo zgubne. Dajmy na to, że owe skupienie przekładam na coś pożytecznego np. malowanie obrazów. Czuje, że wychodziły by mi takie prace, że musiałabym stać się trzeźwofobem oczywiście o ile nie skupiłabym się na jebanej świeczce albo co lepsze, na zataczaniu kółek słuchawką od prysznica po stopach. To jest główny mój zarzut co do zielska. Wchodzisz w chory trans i skupiasz się na pierdołach, ponieważ nasze mózgi to zapyziałe lenie i zamiast wymyślić leku na raka wolą oddać się nieróbstwu. Ci powyższy ludzie tak zrobili. Dlatego każdy ich wieczór kończy się na zjaraniu i patrzeniu w plamę na ścianie. Przez to cholerstwo
straciłam jednego z najlepszych przyjaciół. Na dzień dzisiejszy nie pogadasz z typem bo ma Whiskas zamiast mózgu. Mam przy tym dziwne przeczucie, że nie on ostatni.
Teraz się rozchmurzymy i przejedziemy się do Amsterdamu. Zabieram was na wycieczkę, mam nadzieje, że się cieszycie dzieciaczki.
W Amsterdamie zapach trawy będzie towarzyszył wam wszędzie. Miasto przygotowane dla maniaków maryśki, haszu i co sobie zapragniesz. Uliczki pełne kamienic to warkocz coffee shopów,cukierni i sex shopów. Co jakiś czas można się natknąć na wafle ( są totalnie zajebiste ), pub i sklepy serwujące sery który doceni każdy szanujący się Janusz-czytaj-możesz degustować sery do bólu. Skupimy się oczywiście na Coffee Shopach. Holendrzy ten biznes traktują naprawdę poważnie, więc jak to w sieciówkach sprzedawca ma na sobie rzeczy danej marki tak tu każdy jest zjarany. Jest naprawdę bogaty wybór i profesjonalna obsługa. Mieszacie ziółko z tytoniem? Fujka. Tam czekają na was skruszone liście bez THC. Dzięki czemu wasz joincik nie gryzie w gardziołko i ma nieporównywalnie lepszy smak. Ja byłam w Coffeeku o nazwie Prix d'Ami. Bardzo zacne miejsce. Szczególnie trafnym wyborem jest najwyższy poziom z lożami i telewizorami, które puszczają filmy. My trafiliśmy na "Jurassic Park" w 3D. Genialne. Kumpela opowiadała mi, że zbakana poszła na premierę Avatara. Już rozumiem jej emocje. W Coffeeku serwują pyszotki. Ja wybrałam wodę z kawałkami mango. Żeby zabić ten niesmak w ustach, który jest kolejnym minusem palenia, wypiłam 3 butelki. To jest dobry moment o poruszeniu tematu pac-mana. On nie istnieje. Tu nie chodzi o to,
że nagle jesteś głodny ale po ziele wszystko staje się spotęgowane. Nagle twoja skóra jest jedwabiście miękka, a kanapa na której siedzisz aż się prosi by ją głaskać. Tak samo jest z jedzeniem. Najpierw zajadasz gorycz w ustach. Następnie okazuje się, że wszystko mega smakuje, a potem już jesz w tym samym transie jakim zachwycasz się punktem na ścianie. Moim największym błędem był zakup paczki Skittles. Gdybym miała przy sobie tę żyrafę z reklamy to wydoiłabym ją tak szybko, że dziewczyna nie nadążałaby z jedzeniem tęczy. Bardzo nie polecam zioła osobą co chcą pozostać fit. Napychanie się z nudów i zatwardzenie to jakaś zmora. Tylko patrzeć jak parnik się rozlewa.
Podsumujmy sobie ten wywód. Zioło jest dobre jak z grzechu obżarstwa nie robisz sobie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Kiedy palisz sobie w doborowym towarzystwie raz na ruski rok i nie rujnujesz sobie i innym życia. Jeśli miałabym powiedzieć czy polecam? Nie! Nigdy nie zamieniłabym winka na blanta. Nie jestem fanem tego otumanienia po ziele i tego jak w ułamku sekundy moje otoczenie zmienia się w zwolniony film. Nie lubię się odmóżdżać do takiego stopnia,
że nagle najważniejsze na świecie staje się gapienie w nicość. Jeśli już znalazłeś się w tej sytuacji kiedy kolejny rok przeleciał ci przez palce powinieneś przystopować. Szkoda życia na taki shit. Wystarczy zebrać się do kupy i przyznać przed samym sobą czy warto tracić sympatię, kumpli i tkwić w tym samym miejscu bez jakiegokolwiek celu?
Ci co mnie prywatnie znają wiedzą jaki mam stosunek do narkotyków. Nie robię z siebie świętej ale pierwszego jointa zapaliłam w wieku 26 lat. Było kijowo. W moje urodziny. Sprostuje to tycio. Przed wzięciem tych magicznych trzech Januszkowych buszków to trochę drineczków się wypiło.
Reasumując zemdlałam, straciłam oddech i przytomność. Nie wspominam tych urodzin najlepiej i nie lubię się tym chwalić.
Jeśli wydaje się wam, że moja niechęć do narkotyków była jakaś kosmiczna przed tym felernym zdarzeniem to możecie mi wierzyć, że po urosła do rangi nienawiści na poziomie stosunków Wisły z Cracovią. Nie specjalnie otaczałam się wśród ludzi coś biorących. Jeśli już moi znajomi coś brali
to raczej nie chwalili się tym przy mnie i nie robili tego w mojej obecności.
Ja tu o tych narkotykach, a miałam się skupić na ziele, które przez większość za narkotyk nie jest uznawane. Siadanie ze mną do tego tematu było strasznie wyczerpującym zajęciem. Ja na ogół jestem człowiekiem prawym, trzymającym się odpowiednich zasad i reguł. Więc jak rząd uznaje coś za zakazane i jest to dobrze z argumentowane to ja się podporządkowuje. Są też takie decyzje, które wydają mi się debilne jak np. picie alkoholu w miejscu publicznym i nie mam tu na myśli robienie żurlandii na samym środku piaskownicy częstując tym bobasy, ale kulturalne siedzenie z piwkiem na trawce kiedy słoneczko praży wydaje mi się ok. Tak, tak ja wiem wszystko się zmienia z perspektywy siedzenia i każdy ma tam swoje widzimisię na każdy temat ale ja naprawdę uważam, że narkotyki to kij w mrowisko.
Na czym ja tak opieram swoją ocenę? Wynika to prawdopodobnie z tego, że widziałam jak robią wśród moich znajomych więcej złego niż dobrego. Jeden stracił prawko, drugi ma do dziś flashback'a ( autentycznie co jakiś czas ma problem z przejściem przez jezdnie bo ustępuje pierwszeństwa Titanicowi---> nie bawi mnie to). Koleś z bloku obok gada do lustra. Tak wiem to są skrajne przypadki. Jednak najbardziej powszechne jest to, że co niektórzy się po prostu stoczyli. Zrezygnowali z marzeń, a cała dobroczynność dnia kończą się na wiadrze i joinciku w porze lunchu. Są w zwyczajnym nałogu. Czym się to różni od alkoholizmu? Jeden znajomy oznajmił mi ostatnio, że on zawsze pali przed pracą bo by nie był w stanie się na niej skupić. Inny oszukuje rodzinę
i co wieczór ucieka na kaczuchę z obszczymurkami zza zakrętu. Nie chcę wyjść teraz na hipokrytkę bo jak sam tytuł wskazuję nie jestem święta ale uważam, że należy we wszystkim widzieć umiar. Więc jeśli jesteś osobą która w łatwy sposób potrafi się w czymś zatracić to ten niewinny buszek nie jest dla ciebie ponieważ nie ma szans byś na nim poprzestał.
Jak to było ze mną?
Na Woodstocku zapaliliśmy dość sporą ekipą lolka. Na wolnym powietrzu zrelaksowani po dużej dawce endorfin i luzu, wśród ludzi którzy byli warci spędzenia z nimi czasu. Było git. Dobra powiem prawdę mało się nie zesrałam ze śmiechu. Także złota zasada zawsze pal w dobrym towarzystwie. Ludzie z abstrakcyjnym myśleniem to złoto na taką chwilę. Kolejny raz był jakieś dwa może trzy tygodnie później. Już w mniejszym gronie. Tego dnia zdychałam na rwę kulszową. Dla tych co nie znajo to potworny ból krzyża, że boli jak oddychasz. W ten wieczór pozwoliłam sobie zanalizować jak te gówno działa. Po trzech buszkach moje ukochane Die Antwoort zmieniło się w mieszaninę stęków i wrzasków. Nagle mnie olśniło czemu takie zamiłowanie jest palaczy do Reggae. Tyle wygrać. Momentalnie zmieniliśmy repertuar.
Kolejny objaw to światłowstręt. Stroboskop też odpada także nie wybrałabym się na imprezę Techno. Ale świeczka była genialna. Zwiesiłam się na niej z dobre pięć minut. Kiedy w końcu zorientowałam się co robię. Doszło do mnie, że plecy przestały dawać się we znaki. Totalnie przestały boleć. Cud jak w Matemblewie. Fakt zioło działa naprawdę relaksująco. Nie spodziewałam się, że może do takiego stopnia rozluźnić mięśnie. Wspominałam o koledze co się niesamowicie skupia po ziele? Ja też tak miałam. Skupienie milion. Gdyby Cyklop z X-Menów od razu o tym pomyślał nie było by tylu szkód. Tylko owe skupienie jest niestety bardzo zgubne. Dajmy na to, że owe skupienie przekładam na coś pożytecznego np. malowanie obrazów. Czuje, że wychodziły by mi takie prace, że musiałabym stać się trzeźwofobem oczywiście o ile nie skupiłabym się na jebanej świeczce albo co lepsze, na zataczaniu kółek słuchawką od prysznica po stopach. To jest główny mój zarzut co do zielska. Wchodzisz w chory trans i skupiasz się na pierdołach, ponieważ nasze mózgi to zapyziałe lenie i zamiast wymyślić leku na raka wolą oddać się nieróbstwu. Ci powyższy ludzie tak zrobili. Dlatego każdy ich wieczór kończy się na zjaraniu i patrzeniu w plamę na ścianie. Przez to cholerstwo
straciłam jednego z najlepszych przyjaciół. Na dzień dzisiejszy nie pogadasz z typem bo ma Whiskas zamiast mózgu. Mam przy tym dziwne przeczucie, że nie on ostatni.
Teraz się rozchmurzymy i przejedziemy się do Amsterdamu. Zabieram was na wycieczkę, mam nadzieje, że się cieszycie dzieciaczki.
W Amsterdamie zapach trawy będzie towarzyszył wam wszędzie. Miasto przygotowane dla maniaków maryśki, haszu i co sobie zapragniesz. Uliczki pełne kamienic to warkocz coffee shopów,cukierni i sex shopów. Co jakiś czas można się natknąć na wafle ( są totalnie zajebiste ), pub i sklepy serwujące sery który doceni każdy szanujący się Janusz-czytaj-możesz degustować sery do bólu. Skupimy się oczywiście na Coffee Shopach. Holendrzy ten biznes traktują naprawdę poważnie, więc jak to w sieciówkach sprzedawca ma na sobie rzeczy danej marki tak tu każdy jest zjarany. Jest naprawdę bogaty wybór i profesjonalna obsługa. Mieszacie ziółko z tytoniem? Fujka. Tam czekają na was skruszone liście bez THC. Dzięki czemu wasz joincik nie gryzie w gardziołko i ma nieporównywalnie lepszy smak. Ja byłam w Coffeeku o nazwie Prix d'Ami. Bardzo zacne miejsce. Szczególnie trafnym wyborem jest najwyższy poziom z lożami i telewizorami, które puszczają filmy. My trafiliśmy na "Jurassic Park" w 3D. Genialne. Kumpela opowiadała mi, że zbakana poszła na premierę Avatara. Już rozumiem jej emocje. W Coffeeku serwują pyszotki. Ja wybrałam wodę z kawałkami mango. Żeby zabić ten niesmak w ustach, który jest kolejnym minusem palenia, wypiłam 3 butelki. To jest dobry moment o poruszeniu tematu pac-mana. On nie istnieje. Tu nie chodzi o to,
że nagle jesteś głodny ale po ziele wszystko staje się spotęgowane. Nagle twoja skóra jest jedwabiście miękka, a kanapa na której siedzisz aż się prosi by ją głaskać. Tak samo jest z jedzeniem. Najpierw zajadasz gorycz w ustach. Następnie okazuje się, że wszystko mega smakuje, a potem już jesz w tym samym transie jakim zachwycasz się punktem na ścianie. Moim największym błędem był zakup paczki Skittles. Gdybym miała przy sobie tę żyrafę z reklamy to wydoiłabym ją tak szybko, że dziewczyna nie nadążałaby z jedzeniem tęczy. Bardzo nie polecam zioła osobą co chcą pozostać fit. Napychanie się z nudów i zatwardzenie to jakaś zmora. Tylko patrzeć jak parnik się rozlewa.
Podsumujmy sobie ten wywód. Zioło jest dobre jak z grzechu obżarstwa nie robisz sobie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Kiedy palisz sobie w doborowym towarzystwie raz na ruski rok i nie rujnujesz sobie i innym życia. Jeśli miałabym powiedzieć czy polecam? Nie! Nigdy nie zamieniłabym winka na blanta. Nie jestem fanem tego otumanienia po ziele i tego jak w ułamku sekundy moje otoczenie zmienia się w zwolniony film. Nie lubię się odmóżdżać do takiego stopnia,
że nagle najważniejsze na świecie staje się gapienie w nicość. Jeśli już znalazłeś się w tej sytuacji kiedy kolejny rok przeleciał ci przez palce powinieneś przystopować. Szkoda życia na taki shit. Wystarczy zebrać się do kupy i przyznać przed samym sobą czy warto tracić sympatię, kumpli i tkwić w tym samym miejscu bez jakiegokolwiek celu?
wtorek, 5 września 2017
Kogut wersus Kura
Kogut wersus Kura czyli o tym jak moja matka zwichnęła mi psychikę.
Lubię porządek. Kiedy byłam dzieckiem moim największym nemezis był odkurzacz. Dostawałam niemal apopleksji na myśl, że muszę go znowu włączyć i szorować po podłodze. Dodam, że owy proces był powtarzamy dzień w dzień ponieważ moja mama była chora na punkcie porządku. Także ja i moje 2 młodsze siostry od małego miałyśmy prane mózgi na puncie sprzątania. Jak pies Pawłowa potrafiłyśmy niebywale skutecznie do samego powrotu matki z pracy dopracowywać mieszkanie do perfekcji choć w 9/10 przypadkach i tak nasza rodzicielka potrafiła się do czegoś przyczepić.
Jako nastolatka obiecywałam sobie, że w moim domu to będę mieć wszystko w dupie. Jak będę mieć ochotę to posprzątam jak nie to będzie syf i muchy. Jednak przewrotny los wziął górę i obecnie w moim domu jest jak w pudełku, a ja jestem mojej mamie bardzo wdzięczna za wytresowanie mnie, ponieważ mam niesamowita organizację i nigdy nie muszę się wstydzić za mieszkanie nawet jak wpadną niezapowiedziani goście. Naturalnie zdarza mi się zostawić parę talerzy w zlewie czy bluzkę na krześle ale nyga plis.
Czemu o tym wszystkim mówię? Wydaje mi się, ze nasze mieszkania są wizytówką tego jacy jesteśmy. Niejednokrotnie byłam w szoku kiedy to zaproszona na kolację, czy nawet piwo do znajomych zastałam w mieszkaniu coś po między meliną, a przytułkiem dla bezdomnych. Podłoga tak lepką, że nie było opcji żeby zdjąć buty, z kibla jawiła się wydra, zlew piętrzył się od brudnych garów, a kuchenka nadawała się tylko na szrot bo żaden Cilit czy inny Domestos tego nie wyżre. Wszędzie powywalane ciuchy. Jednak najgorsze są śmieci. Toż to capi na cały dom po 3. piętro. Jak to mawiała moja mama jeszcze nasrać i przykryć. Dziada i baby brak. Jako, że jestem bezpośrednia jak Magda Gessler zapytałam koleżanki co jest nie tak? W odpowiedzi dostałam ten sam tekst co zawsze : Mój facet mi nie pomaga w sprzątaniu więc po jakimś czasie też miałam dość i przestałam o to dbać.
Jest XXIw. i wydaje mi się, że nie jestem już kobietą. Bo problem mojej koleżanki przerabiałam niejednokrotnie. Ba! Zmagam się z nim po dzień dzisiejszy. Jestem wołem! Jestem wielozadaniowa. Może do tego co zaraz napisze ktoś przypnie łatkę feminizmu ale na nas kobiety spada wszystko co możliwe. Panowie my też pracujemy. Wracamy po 8-12 godzinach z pracy do pracy. Bo dom to nasz drugi etat za który nam nikt nie płaci ani nawet nie poklepie po plecach z uznaniem.
Mężczyźni nie powinni pomagać swoim kobietą w domu!
Całkowicie się z tym zgadzam. Pomóc mi może moje 5-cio letnie dziecko (jak się takiego kiedyś dorobię) przy smarowaniu chleba Nutellą. Chłopaki ten dom jest tak samo wasz jak nasz. Więc w waszym zakichanym obowiązku jest ruszyć dupę wstawić pranie ( i nie robić z siebie debili jakoby nie wiecie jak się obsługuje pralkę czy, że nie miesza się czarnych z białymi), poodkurzać, umyć naczynia czy zrobić zakupy. Zakładam, żę jesteście tak samo inteligentni i otwierając lodówkę spostrzeżecie, że nie ma już jajek czy myjąc zęby, że kończy się pasta. Niestety z przykrością stwierdzę, że same jesteśmy sobie winne. Od małego przyzwyczaja się chłopców, że mama wszystko w domu robi, skacze koło dzieci i króla męża. Moja jedna niedoszła teściowa to była dopiero robotem. Gimnastykowała się wymyślając co nowe przepisy aby zaspokoić zachcianki męża i dzieci. Do dziś nie zapomnę tego z jaką obrazą zarzucił jej, że nie będzie jadł pieczeni bo była 2 miesiące temu. Ja byłam wtedy nieopierzonym podlotkiem, a już wtedy witki mi opadły. Dodam, że pieczeń była zajebista.
Kiedyś byłam tak zwichrowana, że też robiłam co chwilę obiadki i kanapeczki do pracy i ze smutkiem zauważyłam, że dla mnie tego obiadku regularnie nikt nie robi, o bułeczkach do pracy to w ogóle mogę zapomnieć. Więc się zbuntowałam. Bo gdzie są kurwa moje kanapki?! Ja też pracuję na cały etat i do tego studiuje.
Często w internetach napotykam na komentarze Smalców Alfa którzy heheszkują co to on baby nie będzie utrzymywał, ma być obiad, posprzątane, a ona zawsze chętna. Pewnie tak by mogło się zdarzyć jak baba zamiast śniadania i kolacji wciągnie grama koki. Ostatnio usłyszałam komentarz od mojego niedoszłego co to w Belgii uczeni doszli do oszołamiających odkryć, że mężczyźni nie są stworzeni do sprzątania. No jak bym obuchem dostała. Mało tego, dla niego był to naprawdę dobry argument, żeby w domu nic nie robić. Pomyślałam świetnie! W takim razie ja nie jestem stworzona do pracy. Proszę zaciągnąć mnie do domu i zrobić mi dziecko, a potem zapierdzielać tak żeby nam na nic nie zabrakło. Bardzo japońskie. Leży mi taka zamiana. Tak poważnie to sugeruję osobą, które chciały by się takimi artykułami kierować lobotomię.
Podsumowując koledzy, nieznajomi, może mój przyszły mężu jeśli chcecie mieć w domu uśmiechniętą, pozytywnie nastawiona do życia dziewczynę w której można się zakochać na zabój nie traktujcie jej jak himalajskiego jaka. Gwarantuje, że kręgosłup wam nie pęknie jeśli przejmiecie połowę obowiązków. Z pewnością docenicie i zrozumiecie ile pracy trzeba włożyć w to, żeby mieszkało się godnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

